Idealna dziewczyna - Carrie Blake


Wyszłam z kina po "Czerwonej Jaskółce" i całą sobą wołałam "Dajcie mi coś lżejszego, mniej obrzydliwego, coś wciągającego!". No i zaszłam do Empiku, i kupiłam książkę. Przeczytałam. I... Zatkało mnie.

Jeśli ktoś nie lubi nadmiernego nabijania się z książek, to niech lepiej kliknie o góry czerwony krzyżyk. Carrie Blake postąpiła ze mną nieco brutalnie, więc i ja nie pozostanę jej dłużna ;).

Książka opowiada historię młodej dziewczyny, Isabel, która przeprowadza się do Nowego Yorku, aby ziścić swoje marzenia o karierze aktorskiej. Życie płata jej niestety figla i po kilkudziesięciu nieudanych castingach, dziewczyna postanawia zacząć pracę w sklepie w materacami. Sprzedawanie ludziom gąbek ze sprężynami do spania, nie jest jednak jej życiowym celem i aby nie stracić aktorskiego ducha postanawia się trochę zabawić. Loguje się na portalach randkowych i spotyka z wybranymi chłopakami, za każdym razem wcielając się w inną postać. 

Zabawa kończy się z chwilą poznania Matthew - przystojniaka w którym zakochuje się niemal natychmiast. Dziwnym trafem mężczyzna także nie umawiał się na internetowe randki przypadkowo - szukał idealnej, uległej dziewoi, która weźmie udział w niecnym planie jego wpływowego szefa. 

Historia opowiedziana kilkoma zdaniami może wydawać się ciekawa, jednak nie pokazuje braku sensu całej tej farsy. Od pierwszych stron książki nie opuszczało mnie uczucia wstydu za Isabel: za jej myśli, czyny i słowa. Wszystko co robi i mówi jest wytłumaczone przez autorkę jako skutek "miłosnego uzależnienia", no ale bez przesady...



Połóż się w sklepie na materacu i zdejmij majtki. - OK! 
Zacznij się dotykać w miejscu publicznym. - Już się robi!
Ukradnij mięso ze sklepu. - Dobra bejbe! 
Włóż sobie mały wibrator i chodź ze mną do teatru. - Z przyjemnością! 

Tak mniej więcej przebiega fabuła całej powieści, dodając do tego dramat głównej bohaterki pt. "Czy on w ogóle na mnie leci?!", wątek z matką, z psychologiem szkolnym no i z szefem Matthew. Styl autorki nie powala. Opowieść na tyle mnie nużyła, a sama postać głównej bohaterki denerwowała, że czasem przeskakiwałam kilka zdań do przodu. Spokojnie, i tak w akcji nie działo się tyle, żebym nie mogła wywnioskować tego z kontekstu ;). No to teraz trochę przykładów. 


"Droga", napisał, "Z wyrazami miłości".
Wiedziałam, że zrobię wszystko, co zechce, żeby tylko usłyszeć, jak wypowiada te słowa."

I takie podniecanie się, że poznany niedawno chłopak do niej napisał, trwało dobre dwie strony. 
"Wzięłam pigułkę szczęścia. Wiedziałam, że Matthew woli, gdy jestem w dobrym nastroju." 
Isabel dosłownie (!) wchodziła mu w tyłek, aby tylko chłopak nadal chciał się z nią spotykać. Szanuj się, kobieto! 

"(...) Marcy zadbała o to, żeby moje drinki były dwa razy mocniejsze i pyszniejsze. Ale to tylko przypominało mi o koktajlu, którym poczęstował mnie Matthew. Już nic nigdy nie będzie smakowało tak wspaniale." 

Nie będę już dłużej komentowała zachowania głównej bohaterki, bo po prostu jest mi za nią wstyd. No i niepotrzebnie się denerwuję ;). Końcówka powieści to jest hit, bo okazuje się, że Isabel ma więcej skłonności autodestrukcyjnych, co skutecznie mnie przekonało, aby nie sięgać po następną część. Jeśli ktoś jest na tyle miły to niech da znać, czy w drugiej części ta Idealna Dziewczyna trochę zmądrzała? ;) 








Komentarze

Popularne posty z tego bloga